Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Konkurs "ZIELONE PIÓRO"

START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY

"A świstak siedzi i zawija je w te sreberka"


"Świstak siedział nieruchomo przed norą."
Fot. Leszek Noga
      Świstaki zawsze wzbudzały zainteresowanie ludzi. Żyją w najwyższych partiach Alp i Tatr i niewielu ludzi widziało je w naturalnym środowisku. Niemal każde dziecko wie, że nazwa zwierzęcia pochodzi od ostrego gwizdu, który wydają w razie niebezpieczeństwa. Te duże gryzonie wysokogórskie żyją na trudno dostępnych łąkach alpejskich na wysokości 1500-3000 m n.p.m., a w Tatrach spotyka się je na halach położonych na wysokości 1700-2300 m n.p.m. Mniejsze od alpejskich, świstaki tatrzańskie, były w XIX wieku bliskie wytępienia, gdyż polowano na nie dla cennego sadła wykorzystywanego w medycynie ludowej. W Polsce znajdują się pod ścisłą ochroną.

      Byłem kilka razy w Tatrach, ale nie miałem szczęścia zobaczyć świstaka w polskiej części gór. Chyba dlatego, że nigdy nie byłem w okolicy Morskiego Oka, Pięciu Stawów i Hali Gąsienicowej, gdzie można je spotkać. Udało mi się zobaczyć te miłe stworzenia po słowackiej stronie, ale niestety z dużej odległości. Byłem bez szans na sfotografowanie ich. Wszystko to miało zmienić się w sierpniu 2002 roku.

      Sierpień jest miesiącem, w którym od kilku lat wraz z żoną i dwójką dzieci zwiedzamy samochodem różne zakątki Europy. Tym razem dotarliśmy do kantonu Wallis w Szwajcarii, a jednym z naszych celów była miejscowość Saas Fee. Przeczytaliśmy w przewodniku, że położona jest ona na wysokości 1560 m n.p.m. i wykreowała się na perłę Alp. Zwiedziliśmy już St. Moritz, Davos i Zermatt - słynne wysokogórskie miejscowości Szwajcarii. Co jeszcze mogło zaoferować Saas Fee? Prowadzi do niej tylko jedna droga, od południa, wzdłuż rzeki Saaser Vispa. Samochodem do miasta wjechać nie można. Należy zostawić go na olbrzymim, płatnym parkingu. W miasteczku zachowało się sporo drewnianych domków stojących na czterech drewnianych palach, ale jego główną atrakcją jest położenie. Leży ono u stóp aż trzynastu czterotysięczników, na które rozciąga się imponujący widok. Chmury tylko na chwilę odsłaniały wierzchołki sięgające 4500 m n.p.m.. Aby je ujrzeć należało wysoko zadrzeć głowę. Wśród nich jest Dom wznoszący się na 4545 m n.p.m., o 67 m wyżej niż słynny Matterhorn leżący 30 km na południowy zachód w linii prostej. Jakby tego było jeszcze mało od południowego zachodu miasto otoczone jest potężnym lodowcem Feegletscher, którego jęzory zatrzymują się kilometr przed jego bramami.

      Pogoda była wspaniała, lodowiec wydawał się być tak blisko, że postanowiliśmy do niego dojść. Najpierw szlak prowadził przez łąki, na których pasły się krowy. Nie wszystkie wyglądały tak jak w reklamie czekolady Milka. Następnie wędrowaliśmy przez las, w którym ukryte było jezioro utworzone przez jeden z jęzorów lodowca. Woda była koloru mleka o lekko brudnym zielonkawym zabarwieniu. Gdy las się skończył, zaczęły się bardziej strome podejścia. Nieznacznie zboczyliśmy ze szlaku, aby dojść do krawędzi żłobu lodowcowego, na dnie którego znajdował się jęzor lodowca. Jego wierzch pokryty był ziemią i kamieniami, w związku z czym kolorem nieznacznie odróżniał się od kamienistego żłobu. W miejscach szczelin i pęknięć przebijał niebieski i granatowy kolor firnu - sprasowanego lodu. Wokół jęzora leżało mnóstwo olbrzymich głazów przyniesionych przez lodowiec z wyższych partii gór.


" ... przyjął postawę strażnika.
Zdawał się nas obwąchiwać."

Fot. Leszek Noga
      Zajęci obserwacją lodowca nie zauważyliśmy, że znaleźliśmy się na łąkach leżących ponad górną granicą lasu. Pokryte one były bujną roślinnością alpejską. Wokół unosił się zapach ziół i kwiatów. Byliśmy w królestwie świstaków. W odległości 30-50 m od nas żerowała grupa około 10 świstaków. Żywiły się trawą i ziołami. Niektóre z nich wyróżniały się okazałymi rozmiarami. Długość ich ciała (bez ogona) przekraczała 50 cm. Pozostałe były znacznie mniejsze. To młode, które przyszły na świat dwa miesiące wcześniej. W czerwcu samica rodzi zwykle od 2 do 8 młodych, po ciąży trwającej około 5 tygodni. Jeden z dorosłych osobników co chwila stawał na tylnych łapach w pozycji pionowej i czujnie rozglądał się dokoła. To strażnik pilnujący stada. Ich największym wrogiem są orły. Próbowaliśmy ostrożnie podejść bliżej. Nagle strażnik, a potem inny osobnik, wydał głośny gwizd i stado zapadło się pod ziemią. Podeszliśmy bliżej. W miejscu, gdzie zniknęło, znajdowało się kilka wejść do nor. Każda kolonia świstaków ma nory zimowe dochodzące do łącznej długości kilkudziesięciu metrów z obszerną komorą wyścieloną sianem, która służy za sypialnię. Świstaki zapadają w zimowy sen trwający od października do kwietnia. Mniejsze nory na pastwiskach służą jako miejsce rodzenia i wychowywania młodych oraz jako kryjówki, do których uciekają w razie niebezpieczeństwa. Poprosiłem rodzinę, aby wycofała się na szlak i poszła w górę. Sam usiadłem na trawie w pobliżu nor i w milczeniu czekałem. Po kilku minutach jeden dorosły osobnik wynurzył się kilkanaście metrów ode mnie. Siedział nieruchomo przed norą, gotowy w każdej chwili uciec do niej z powrotem. Czołgając się, bardzo powoli zbliżyłem się na odległość około 2-3 m. Świstak trwał nieruchomo. Na chwilę tylko spojrzał na mnie i wrócił do nieruchomej pozy patrząc się przed siebie. To wspaniałe uczucie, kiedy przed tobą, na wyciągnięcie ręki, siedzi dzikie, bardzo płochliwe zwierzę i to we własnym środowisku. Trudno powiedzieć, ile czasu trwało to obcowanie ze świstakiem. Czas płynie wtedy inaczej. W końcu świstak schował się do nory.

      Byłem bardzo zadowolony, bo zrobiłem kilka zdjęć i to bez użycia teleobiektywu. Wróciłem na szlak, doszedłem rodzinę i podążyliśmy dalej w górę. Szlak doprowadził nas do stacji przesiadkowej kolejki linowej, która wiodła jeszcze wyżej. Zanosiło się na koniec atrakcji. Byliśmy na wysokości 2500 m n.p.m. i odczuwaliśmy zimno mimo, że słońce tylko chwilami chowało się za szybko przesuwającymi się chmurami. Nie byliśmy przygotowani na dalszą wspinaczkę i musieliśmy zejść. Jeszcze ostatnie spojrzenia na stromą ścianę czterotysięczników, która prawie cały czas tonęła w chmurach, oraz na Saas Fee leżące w dole kilometr pod nami.


Świstak domagający się papierka po cukierku. W dole Saas Fee.
Fot. Leszek Noga

      Byliśmy blisko krawędzi żłobu lodowca i postanowiliśmy schodzić wzdłuż niej, nie powtarzając górnego odcinka drogi. Nie uszliśmy nawet 300 metrów, gdy zobaczyliśmy samotnego świstaka. Nasza ciekawość przechodziła w lekkie przerażenie. Zwierzę biegło prosto na nas. Pomyślałem o wściekliźnie. Świstak zatrzymał się kilka metrów od nas i przyjął postawę strażnika. Zdawał się nas obwąchiwać. Zaczęliśmy rwać trawę i wabić go. Świstak podchodził, stawał na tylnych nogach i nieprawdopodobne, ale wyciągał przednią łapę po kąsek. Niestety, nie jesteśmy specjalistami żywienia świstaków i nasze trawy nie przypadły mu do gustu. Po chwili dołączył drugi osobnik. Staraliśmy się sfotografować ze zwierzętami, ale w końcu zorientowały się, że nie mamy im nic do zaoferowania i nie pozwalały zbytnio zbliżyć się do siebie. Wtedy córka Ania sięgnęła do kieszeni. Nie miała nic poza papierkiem po cukierku, ale zaczęła nim szeleścić. Świstak natychmiast zareagował i zaczął niemal agresywnie domagać się łupu.
- Po co mu to? - zdziwiła się Ania.
- Aby zawinąć w to czekoladkę Milkę - odpowiedziałem, przypominając sobie znaną reklamę telewizyjną.

      Leszek Noga
      lesznoga@patfiz.am.wroc.pl



Uwagi i komentarze prosimy kierować do redakcji.

Powrót


START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY



© Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody "Salamandra"
Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Speth Blog o fotografii AZS Poznań SEO blog Srebrna Góra Forum Srebrna Góra Polska w obiektywie Hodowla kaktusów Hodowla sukulentów Kolarstwo górskie Nowe technologie Opuszczony blog Wypas owiec Opuszczone miejsca