| |
||
|
Strona główna
Aktualności
Magazyn Przyrodniczy
Ciekawe miejsca
Akty prawne
Sklepik
O Salamandrze
Kontakt |
|
||||||
|
Zaklinam Cię, mój skrzydlaty Przyjacielu...
Mój skrzydlaty Przyjacielu Owego dnia, nie miałem jeszcze pojęcia jak bardzo ten kwietniowy poranek zaważy na naszym życiu...
Wreszcie słońce oświetliło kaczeńcowy łan, więc kolejna godzina minęła mi na pstrykaniu niemal wszystkiego, co pojawiło się odpowiednio blisko w teleobiektywie. Mając zapas ujęć, z których jak sądziłem będzie można potem wybrać najciekawsze, postanowiłem nieco odsapnąć, posilić się i rozprostować plecy. Odłożyłem aparat, wyjąłem kanapki i termos. Popijając aromatyczną, parującą herbatę, wyjrzałem przez zamaskowany otwór w ścianie szałasu. Spojrzałem trochę w bok i zamarłem - kilkanaście kroków dalej, samiec błotniaka zawisał nad trzcinowiskiem machając w miejscu skrzydłami, by po chwili, składając je, zniknąć w kępie zeschłych, ubiegłorocznych trzcin. Wydawało mi się, że w szponach trzymał jakiś długi badyl. Po minucie ukazał się znowu nad trzcinami i odleciał za rzekę. Kursował tak jeszcze wiele razy znosząc materiał na gniazdo. Pojawiała się też samica, ale nie zauważyłem, aby pomagała swemu partnerowi budowie. Bardzo podekscytowany tym odkryciem, w pośpiechu zrobiłem kilka zdjęć, ale przede wszystkim starałem się dobrze zapamiętać położenie gniazda, bo planowałem tu jeszcze wrócić. Nie miałem wątpliwości, że była to para, której miłosne zaloty obserwowałem o świcie.
Szybko dotarłem do domu i od tej chwili wszystko w nim stanęło na głowie. Nasze koty zostały zesłane do ogrodu, pies otrzymał surowy zakaz wchodzenia do domu a z małżeńskiej sypialni został utworzony kojec ze sztucznym gniazdem dla bezradnego, jak oceniałem około 10-cio a może 12-sto dniowego malucha. Kompletnie nie wiedziałem co dalej począć, nie byłem nawet pewien, czy dobrze zrobiłem zabierając pisklaka. Byłem zdruzgotany tragedią, jaka wydarzyła się w błotniaczym gnieździe. Nie mogłem się skupić ani poskładać myśli. Wiedziałem tylko, że to puchate nieszczęście należy jak najszybciej ogrzać i nakarmić. Dobrze, że moja żona - osoba bardziej ode mnie praktyczna - miała kilka pomysłów. I tak, ciepło wysiadującej matki zastąpiła teraz maluszkowi butelka-piersiówka z zagrzaną wodą. Znalazło się także jakieś puchate przykrycie. Znacznie trudniej było o coś, co nadawałoby się do nakarmienia wygłodzonego pisklęcia, a trzeba mu było dać coś odpowiedniego i to szybko. Wiedziałem, że w gniazdach drapieżników często dochodzi do "kanibalizmu" a zatem na pierwszy posiłek poszło martwe rodzeństwo mego pupila. Okropnie się czułem ćwiartując martwego nieboraka, ale tchnące zadowoleniem kwilenie nakarmionego i ogrzanego błotniaczka, szybko utwierdziło mnie w przekonaniu o tym, że była to słuszna decyzja. Jak się potem dowiedziałem, podanie np. wieprzowiny mogłoby zabić pisklę. Maluch, teraz już bez cienia strachu, rzucał się na krwawe kąski a połykał je tak łapczywie, że byłem niemal pewien, iż zaraz zadławi się na śmierć. Nic takiego jednak się nie stało. Najedzony do syta, zaczął przyjaźnie świergolić i usiłował wtulić mi łepek pod pachę. Kilka sekund potem już słodko spał. Tak oto głód okazał się mym najlepszym sprzymierzeńcem w walce o zdobycie zaufania mego pupila. I jeszcze wiele razy potem był mi wielce pomocny podczas układania ptaka.
W krótkim czasie, dzięki poznanemu sokolnikowi, zdobyłem zapas odpowiedniej karmy dla swego ulubieńca, zapełniając nią całą zamrażarkę ku utrapieniu żony. Początkowo musiałem karmić malucha kilka razy dziennie, od świtu począwszy, kiedy to swoim piskliwym głosikiem wyraźnie dawał znać o pustym żołądku. Uspokajałem się widząc jak chętnie je i choć jadł niedużo, to byłem bardzo zaskoczony tempem, w jakim się rozwijał. Miałem wrażenie, że rośnie w oczach. Kukla - bo tak nazwaliśmy błotniaczka - rósł jak na drożdżach. Dosłownie. Każdego wieczoru był inny niż jeszcze rankiem tego samego dnia! A jego imię wzięło się stąd, że jako niesłychanie bystry ptak, wszystko bacznie obserwował, kręcąc przy tym przezabawnie swym uroczym łebkiem na wszelkie możliwe strony. Nader często odwracał głowę tak, że patrzył na świat do góry nogami, zupełnie jak kukiełka. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, aby podczas karmienia puszczać mu z kasety nagrania głosu błotniaka stawowego, co też zrobiłem. Maluch, na dźwięk głosu dorosłych błotniaków, poderwał się i szeroko otwartymi ślepkami intensywnie szukał nad sobą znajomej sylwetki. Niewątpliwie biedaczek wypatrywał matki... Reakcja osieroconego pisklęcia rozczuliła mnie ogromnie. Niestety, mając na uwadze jego dobro, nie mogłem swoją osobą wynagradzać mu tej straty, choć pragnąłem tego z całego serca. Taką wewnętrzną walkę staczałem potem ze sobą niemalże każdego dnia. Chcąc, aby mój podopieczny przebywał we w miarę naturalnym otoczeniu, zmajstrowałem mu w ogrodzie małe bajorko, gdzie zasadziłem trochę trzciny i tam przeniosłem sztuczne gniazdo, na wszelki wypadek osiatkowane. Maluch z gniazda szybko wyrósł, stawiając mnie przed kolejnym wyzwaniem: budową woliery. Z pomocą niezastąpionej żony, po kilku dniach woliera była gotowa. Pierzący się Kukla - wyglądający wtedy jak rozczochrany kurczak - zadomowił się w niej nadspodziewanie szybko. Dach pokryłem siatką, dzięki czemu wielokrotnie miałem okazje podziwiać bystrość wzroku błotniaczka. Często coś śledził na niebie, wyraźnie wodząc za czymś wzrokiem, podczas gdy ja nic nie widziałem, mimo usilnych starań. Dopiero w szkłach lornetki udawało mi się czasami i z trudem wypatrzyć bujającego wysoko myszołowa czy skowronka, maleńkiego jak kropeczka. Od samego początku musiałem poświęcać Kukli cały swój czas, nawet moja praca w dużym stopniu poszła w kąt z tego powodu, ale nie znaczyło to nic wobec rodzącej się między nami więzi. Robiłem to z wielką satysfakcją a szybkie postępy wychowanka napawały mnie ogromną radością. Po kilku tygodniach wyglądał już jak dorosły błotniak, jeśli nie liczyć paru gwiazdeczek puchu wyglądających tu i ówdzie spod ciemnych piór okrywowych. Wyrosły mu piękne lotki, potem sterówki i cała reszta piór w kolorze czarnej kawy. Tylko na łebku nosił rdzawą czapeczkę, w której wyglądał uroczo i trochę zawadiacko. Przecierałem oczy ze zdumienia ilekroć rozkładał skrzydła, bo okazywało się, że ich rozpiętość dochodzi do blisko półtora metra. Byłem tym zszokowany, jeszcze 4 tygodnie temu mieścił mi się w dłoniach! Nadszedł czas wychodzenia z nim na odkryte pola i łąki. W tym celu trzeba było zbudować mu zaciemnione pudło transportowe. Jak dowiedziałem się z literatury sokolniczej, takie, w którym w żaden sposób nie uszkodziłby sobie młodych piór. Mój pupil do pudła szybko się przyzwyczaił, chętnie doń wchodził, początkowo zwabiany małym kawałeczkiem mięsa. Wkrótce nie trzeba było go już niczym przekonywać, pudło skojarzyło mu się zapewne z łąkami, przestrzenią i wolnością. W tym okresie Kukla zaczynał intensywnie machać skrzydłami i czasem nawet udawało mu się podlatywać na 10-20cm. Musiałem zatem umożliwić mu wspinanie się po czymś, z czego mógłby zacząć zlatywać ćwicząc mięśnie i technikę lotu. W wolierze ustawiłem pochyły konar, a w terenie od tej pory sadzałem go na gałęziach krzaków i drzew. Mój przyjaciel jednak jakby nic sobie z tych zabiegów nie robił - głównie spacerował, chodząc i biegając jak kurczak. Martwiłem się nawet, że może nie będzie w ogóle latać, a tylko chodzić..? Owszem, podskakiwał i używał skrzydeł do łapania równowagi, ale wciąż poruszał się na piechotkę. Nawet na wstawiony do woliery konar wspinał się za pomocą dzioba i nóg, schodząc zeń w taki sam sposób. Wreszcie, któregoś pięknego dnia, ni stąd ni zowąd zerwał się nagle z niskiego pieńka i swobodnie machając skrzydłami wzleciał sprawnie na wysoką sosnę w ogrodzie. Stanąłem jak wryty, ale zamiast cieszyć się, wpadłem zaraz w panikę, gdy tylko uświadomiłem sobie, że przecież nie potrafię go stamtąd zdjąć. Po kwadransie czy dwóch dał się jednak przekonać do zejścia po kąsek mięsa. Dłuższą chwilę krygował się trwożliwie popiskując, aż w końcu pochylił się do przodu, rozpostarł skrzydła i spłynął pięknym, szybowcowym lotem prosto na moją rękę. Mimo że usiadł delikatnie - ostre jak szpilki szpony przebijały mi skórę raniąc do krwi. Nie czułem jednak bólu, bo przepełniała mnie duma i radość. Oto miałem drapieżnego ptaka, który swobodnie lata i siada mi na ręce! Jakże piękny widok przedstawiał sobą w powietrzu. Od razu było wiadomo, że jego żywiołem są przestworza, niebo, powietrze i wiatr. Od tej chwili zrezygnowałem z pudła transportowego, nosząc ptaka w pole na rękawicy, jak rasowego sokoła.
W tym okresie coraz częściej łapał coś w szpony. A to szyszkę, a to gałązkę, trawę albo kamyk. Kiedyś na łące zaatakował kępkę siana. Porwał ją w szpony jak prawdziwą zdobycz i bardzo dumny z siebie, odbył z nią swoistą rundę honorową, zakreślając mi nad głową wielkie kręgi nim usiadł na drzewie. Zrozumiałem, że oto nadszedł czas na naukę polowania. Polegało to najpierw na rzucaniu albo ciąganiu w trawie kawałka mięsa lub atrapy myszy. Dzięki swemu doskonałemu wzrokowi, Kukla błyskawicznie dostrzegał taką "zdobycz" w najgłębszej nawet trawie i natychmiast atakował. Instynkt drapieżcy kazał mu gonić i atakować niemal wszystko, co się ruszało. Z biegiem czasu nauczył się rozpoznawać, co jest jadalne a co nie, ale nim to nastąpiło, skosztował zarówno stokrotek jak i pasikoników. Początkowo zdarzało się, że chybiał celu i atak kończył się fiaskiem, z każdym jednak dniem stawał się coraz lepszym i bardziej zaprawionym w łowach myśliwym. Coraz agresywniej i celniej atakował "ofiary". Bywał przy tym naprawdę mocno pobudzony i zapalczywy. Kilka razy, nie trafiwszy w zdobycz, wyładowywał nagromadzoną energię na mojej głowie albo nodze. Kosztowało mnie to nawet parę głębszych zadrapań, ale moja miłość do niego nigdy nie pozwoliła mi na utratę cierpliwości. Kiedy już latał bardzo dobrze i sprawnie chwytał atrapę zdobyczy także w powietrzu, musiałem zacząć ograniczać karmienie, aby próbował samodzielnie coś upolować. Ostateczna decyzja zapadła, gdy z żabą podrzuconą do woliery uwinął się w kilka sekund. Na polach i łąkach, gdzie codziennie trenowaliśmy, odlatywał coraz dalej i coraz częściej traciłem go z oczu. Zazwyczaj, gdy ja szedłem, on leciał niespiesznie, zataczając mi wielkie kręgi nad głową. Innymi razy patrolował cały teren przed nami, latając nisko, nie więcej niż 1-2m nad ziemią. Jeśli gdzieś odleciał, najczęściej odnajdywałem go po godzinie w ulubionej kępie drzew, gdzie zwykł odpoczywać na jednej z wierzb. Czasami, gdy odlatywał z łąk i gubił mi się gdzieś w lesie, szedłem i gwizdałem za nim w dobrze mu znany sposób i zawsze to Kukla mnie odnajdywał, a nie ja jego. Coraz częściej, gdy wracał po dłuższej nieobecności, nie miał już tak wielkiego apetytu. Znaczyłoby to, że polował już sam. Nieraz przepadł mi za lasem i gdy po paru godzinach poszukiwań traciłem już wiarę, mój drapieżnik nagle pojawiał się nie wiadomo skąd i kwiląc radośnie zlatywał do rękawicy po swój kawałek mięsa. To, co przeżywałem w takich chwilach trudno opisać. Oto błotniak, którego dzikich pobratymców widywałem tylko z daleka, latał bez najmniejszych obaw tuż przy mnie. Pozwalał się przy tym głaskać, podbierać z gałęzi, dawał się przywoływać i sam ochoczo wskakiwał na rękę. Niemal dziki, a na pewno zupełnie wolny ptak, wracał gdzieś hen spod nieba i sfruwał mi na rękę. Byłem tym do głębi wzruszony. Miałem swego "sokoła", byłem sokolnikiem.
Z końcem sierpnia nadeszły pierwsze chłody. Zauważyłem wtedy, że mój pupil zrobił się bardzo niespokojny. Ciągle podlatywał w wolierze jakby próbował się z niej wydostać. Niedługo potem, pamiętnego dnia, poleciał daleko i tak wysoko, jak nigdy przedtem. Chwilę wcześniej tego ranka, jeszcze w ogrodzie, kwilił głośno do mnie latając nad drzewami. To zlatywał do ręki, to znów podrywał się w górę, zupełnie jakby zachęcał mnie do wzbicia się z nim w powietrze. Kiedy usiadł mi na rękawicy, poszliśmy na łąki. Tam, jak zwykle puściłem Kuklę do lotu a on zachował się inaczej niż zwykle - nie kołował nad łąkami tylko poszedł od razu i zdecydowanie prosto przed siebie, w kierunku południowym. Widziałem jeszcze jak po drodze spłoszył z drzewa myszołowa, z którym fiknął ze dwa koziołki w powietrzu, ale zaraz wrócił na wcześniej obrany kurs. Wykorzystując kominy termiczne wznosił się coraz wyżej i wyżej, ciepłe prądy unosiły go coraz dalej i dalej. Zaczynałem tracić go z oczu, więc podniosłem lornetkę. Widziałem, że nadal się wznosi i coraz bardziej oddala. Po kilkunastu minutach nawet w szkłach lornetki był już tylko maleńką kropeczką nad horyzontem. Wcześniej zdarzało się już, że znikał mi tak daleko, ale tym razem coś mi mówiło, że tracę go na zawsze. W końcu i kropka na niebie raz po raz zaczęła mi znikać, aż rozpłynęła się w oddali. Długo jeszcze tak stałem ze ściśniętym gardłem i długo nie chciałem oderwać lornetki od oczu. Wpatrywałem się w jakże puste teraz miejsce nad horyzontem, jakby mogło to odwrócić bieg wydarzeń a przez głowę przelatywały mi wspomnienia wszystkich cudownych chwil, jakich ten piękny ptak dostarczył mi w ciągu wspólnie przeżytych miesięcy. W ciągu następnych 10-ciu dni, przemierzyłem całą tamtejszą okolicę, gwiżdżąc i wołając jak obłąkany. Okłamywałem samego siebie, że przecież jeszcze nie pora do odlotu na zimowiska... Z daleka rozpoznawałem już wszystkie tamtejsze myszołowy, pustułki i jastrzębie, ale na niebie nie było nawet śladu znajomej sylwetki. W torbie długo jeszcze nosiłem rękawicę i jedzenie dla Niego. Na próżno. Nie spotkałem więcej swego Kukli. Ostatnio przyłapałem się na tym, że dziwi mnie, gdy napotykane błotniaki uciekają przede mną... Mam wielką nadzieję, że dobrze Ci się wiedzie i że pamiętasz wszystko, czego Cię nauczyłem, mój skrzydlaty Przyjacielu. Zapomnij jednak, że to człowiek Cię wykarmił i zaklinam - nie podchodź do ludzi! Nie przeżyłbym, widząc Cię wypchanego na jakimś telewizorze... Waldemar Krasowski |
||||||
|
START
KONKURS
REGULAMIN
NAGRODY |
||||||
| © Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody "Salamandra" |
|
Strona główna
Aktualności
Magazyn Przyrodniczy
Ciekawe miejsca
Akty prawne
Sklepik
O Salamandrze
Kontakt |