Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Konkurs "ZIELONE PIÓRO"

START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY

Zaklinam Cię, mój skrzydlaty Przyjacielu...


Mój skrzydlaty Przyjacielu
Owego dnia, nie miałem jeszcze pojęcia jak bardzo ten kwietniowy poranek
zaważy na naszym życiu...



"Samiec błotniaka zawisał nad trzcinowiskiem machając w miejscu skrzydłami..."
Fot. Waldemar Krasowski

      Póki, co, nic nie zwiastowało nadchodzących wydarzeń. W ciemnościach przede mną majaczyły rozległe, nadbużańskie pustkowia i nieużytki. Gubiąc po drodze resztki snu, przemierzałem noc bezszelestnie jak duch, kierując się do szałasu, który kilka dni wcześniej postawiłem na skraju podmokłej łąki, graniczącej ze sporym trzcinowiskiem i starorzeczem Bugu. Chciałem dziś fotografować wypatrzone tam wcześniej ptaki, które wybrały sobie na żerowisko łąkę z łanami cudownie rozkwitłych kaczeńców. Od kolan w dół tonąłem w welonie mgieł a miękkie, bagienne podłoże dodatkowo tłumiło moje kroki. Było aksamitnie cicho i pusto. Jedynie odległe i monotonnie skandowane "tike-tike" samicy bekasa ukrytej gdzieś w turzycach, burzyło tę ciszę. Wiosenna noc ustępowała miejsca nadchodzącemu dniu i choć nad głową wciąż jeszcze mrugały blednące gwiazdy, to nad lasem, po wschodniej stronie nieba, coraz mocniej gorzały już światła jutrzenki. Widok porannych zórz nieodmiennie mnie zachwycał. Wszystkie te odcienie różu, złota, pomarańczu, karminu, amarantu i granatu, o szybko zmieniających się kształtach i intensywności - istny boży spektakl odgrywany codziennie na nieboskłonie. Feeria barw i świateł przybierała z każdą sekundą na sile. Musiałem przyspieszyć kroku chcąc dotrzeć do szałasu, nim stanę się widoczny z daleka.


"Kukla - wyglądający wtedy jak rozczochrany kurczak..."
Fot. Waldemar Krasowski

      Po dłuższym moszczeniu się w przyciasnym szałasie, usadowiłem się wreszcie w miarę wygodnie i zamarłem w bezruchu. Na zewnątrz już dniało a wstające słońce podniosło i rozrzedziło poranne mgły. Było tak pięknie, jak tylko może być wiosną na bagnach. Na każdym źdźble trawy, każdym świeżym listku, gałązce i łodydze srebrzyły się kropelki rosy. Spod jaśniejącego nieba niosło się charakterystyczne, wibrujące "bu-u-u-u-u" bekasa kszyka, odpowiadającego na nieustanną mantrę swej połowicy. Czajki coraz liczniej wyczyniały podniebne harce, wypełniając powietrze opadająco-zawodzącymi "kiuuuułit, kiuuuułit". Później dołączyły do nich rdzawoszyje rycyki, co rusz przeganiające się nawzajem, przy akompaniamencie przenikliwych, perlistych okrzyków. Mijały długie minuty, nawoływania ptaków tworzyły niepowtarzalną oprawę dźwiękową dla budzącego się nad tym bagiennym uroczyskiem dnia. W miarę jak słońce wspinało się po niebie, coraz lepiej dostrzegałem sylwetki ptaków brodzących w płytkiej wodzie, pośród tysięcy kaczeńców. Od czasu do czasu mierzyłem do nich z teleobiektywu, ale wciąż okazywało się, że światło jest jeszcze zbyt słabe. Cierpliwie czekałem, kiedy słońce na dobre wychyli się zza lasu, skracając sobie czas obserwowaniem bekasa kreślącego niezmordowanie zygzaki po niebie. Ptak co jakiś czas lądował w trawach przerywając pobekiwanie. Kiedy wodziłem za nim wzrokiem, najpierw usłyszałem znajomy gwizd a zaraz potem dostrzegłem parę błotniaków stawowych w locie tokowym nad łąką. Szybowały wysoko, chwilami zgodnie, skrzydło w skrzydło, chwilami samiec wzbijał się nad partnerkę, po czym groźnie pikował spadając na nią z wysoka. Samica udawała wtedy szaloną ucieczkę, po to tylko, by nagle odwrócić się brzuchem do góry i zakończyć tę niby ucieczkę wspólnym koziołkowaniem w powietrzu. Momentami drapieżniki sczepiały się w locie szponami, jak gdyby przekazując sobie czułe uściski. Zachowywały się zupełnie swobodnie, nie podejrzewając nawet mej obecności. To wznosiły się miarowo pracując skrzydłami, to znów opadały szybując nad łąką, tuż przed szałasem. Wykonywały przy tym niezliczone beczki, pętle i przewroty, z niesłychaną wprost gracją, lekkością i swobodą - prawdziwa kwintesencja piękna i dzikiego majestatu. Były tak blisko, że miałem wrażenie, iż czuję powiew ich skrzydeł na twarzy. Patrzyłem na ten podniebny taniec jak urzeczony, póki błotniaki nie znikły mi gdzieś za plecami.

      Wreszcie słońce oświetliło kaczeńcowy łan, więc kolejna godzina minęła mi na pstrykaniu niemal wszystkiego, co pojawiło się odpowiednio blisko w teleobiektywie. Mając zapas ujęć, z których jak sądziłem będzie można potem wybrać najciekawsze, postanowiłem nieco odsapnąć, posilić się i rozprostować plecy. Odłożyłem aparat, wyjąłem kanapki i termos. Popijając aromatyczną, parującą herbatę, wyjrzałem przez zamaskowany otwór w ścianie szałasu. Spojrzałem trochę w bok i zamarłem - kilkanaście kroków dalej, samiec błotniaka zawisał nad trzcinowiskiem machając w miejscu skrzydłami, by po chwili, składając je, zniknąć w kępie zeschłych, ubiegłorocznych trzcin. Wydawało mi się, że w szponach trzymał jakiś długi badyl. Po minucie ukazał się znowu nad trzcinami i odleciał za rzekę. Kursował tak jeszcze wiele razy znosząc materiał na gniazdo. Pojawiała się też samica, ale nie zauważyłem, aby pomagała swemu partnerowi budowie. Bardzo podekscytowany tym odkryciem, w pośpiechu zrobiłem kilka zdjęć, ale przede wszystkim starałem się dobrze zapamiętać położenie gniazda, bo planowałem tu jeszcze wrócić. Nie miałem wątpliwości, że była to para, której miłosne zaloty obserwowałem o świcie.


"Przecierałem oczy ze zdumienia ilekroć rozkładał skrzydła..."
Fot. Waldemar Krasowski

      Następne spotkanie z błotniaczym gniazdem nastąpiło dopiero w początkach czerwca. Pewnego dnia, ku swemu przerażeniu odkryłem brak samicy przy gnieździe, w którym według moich obliczeń powinny być już młode. Co prawda raz czy dwa, widziałem samca latającego w okolicy, ale nie uspokoiło mnie to wcale, gdyż wiedziałem, że u błotniaków samiec tylko wywołuje wysiadującą samicę i poza gniazdem przekazuje jej upolowaną zdobycz. Kolejnego dnia żadnego z dorosłych ptaków nie było. Dobrze wiedziałem co mogło to oznaczać dla młodych błotniaczków, bałem się jednak podchodzić do gniazda, wciąż wierząc, że może jednak jakoś przeoczyłem samicę. Następnego dnia nadal nie widziałem skrzydlatych rodziców. Grozę potęgował jeszcze fakt, że ostatnie dni i noce były wyjątkowo chłodne, dżdżyste i bardzo wietrzne. Pełen najgorszych obaw potwierdzonych wielogodzinną obserwacją z ukrycia, zdecydowałem się wreszcie wejść na bagno i ratować maluchy, o ile pozostało jeszcze coś do uratowania... W niezbyt dobrze ukrytym, acz trudno dostępnym gnieździe, zastałem trzy małe, puchate kulki, w tym dwie już niestety martwe... Kolor i faktura ich puchu sprawiały, że wyglądały jak maleńkie, zagubione owieczki. Natychmiast zacząłem sobie wyrzucać, że nie zabrałem sierotek dzień lub dwa wcześniej. Jedyne pozostałe przy życiu pisklę było znacznie większe od pozostałych, ale w wyraźnie już złej kondycji. Nie przeszkodziło mu to jednak w nastawieniu na mnie szponów, gdy groźnie sycząc, próbował odwieść mnie od zamiaru wzięcia go na ręce. Rozczuliłem się, widząc jak ten dogorywający maluch zebrał w sobie dość siły, by wymierzyć we mnie swą jedyną broń. Protestował jeszcze krótką chwilę skrzecząc głośno, gdy ostrożnie pakowałem go do plecaka.

      Szybko dotarłem do domu i od tej chwili wszystko w nim stanęło na głowie. Nasze koty zostały zesłane do ogrodu, pies otrzymał surowy zakaz wchodzenia do domu a z małżeńskiej sypialni został utworzony kojec ze sztucznym gniazdem dla bezradnego, jak oceniałem około 10-cio a może 12-sto dniowego malucha. Kompletnie nie wiedziałem co dalej począć, nie byłem nawet pewien, czy dobrze zrobiłem zabierając pisklaka. Byłem zdruzgotany tragedią, jaka wydarzyła się w błotniaczym gnieździe. Nie mogłem się skupić ani poskładać myśli. Wiedziałem tylko, że to puchate nieszczęście należy jak najszybciej ogrzać i nakarmić. Dobrze, że moja żona - osoba bardziej ode mnie praktyczna - miała kilka pomysłów. I tak, ciepło wysiadującej matki zastąpiła teraz maluszkowi butelka-piersiówka z zagrzaną wodą. Znalazło się także jakieś puchate przykrycie. Znacznie trudniej było o coś, co nadawałoby się do nakarmienia wygłodzonego pisklęcia, a trzeba mu było dać coś odpowiedniego i to szybko. Wiedziałem, że w gniazdach drapieżników często dochodzi do "kanibalizmu" a zatem na pierwszy posiłek poszło martwe rodzeństwo mego pupila. Okropnie się czułem ćwiartując martwego nieboraka, ale tchnące zadowoleniem kwilenie nakarmionego i ogrzanego błotniaczka, szybko utwierdziło mnie w przekonaniu o tym, że była to słuszna decyzja. Jak się potem dowiedziałem, podanie np. wieprzowiny mogłoby zabić pisklę. Maluch, teraz już bez cienia strachu, rzucał się na krwawe kąski a połykał je tak łapczywie, że byłem niemal pewien, iż zaraz zadławi się na śmierć. Nic takiego jednak się nie stało. Najedzony do syta, zaczął przyjaźnie świergolić i usiłował wtulić mi łepek pod pachę. Kilka sekund potem już słodko spał. Tak oto głód okazał się mym najlepszym sprzymierzeńcem w walce o zdobycie zaufania mego pupila. I jeszcze wiele razy potem był mi wielce pomocny podczas układania ptaka.


"Jakże piękny widok przedstawiał sobą w powietrzu..."
Fot. Waldemar Krasowski

      Pierwsze noce i dni były naprawdę ciężkie - towarzyszył nam autentyczny, wielki strach o życie i zdrowie pupila. Zamartwialiśmy się z żoną nieustannie, czując się bez mała tak, jakby właśnie urodziło nam się dziecko. Były naglące telefony, często po północy, do i od różnych znajomych i nieznajomych, szukanie kontaktu z kimkolwiek, kto mógłby jakoś pomoc, gorączkowe wyszukiwanie w Internecie wszelkich informacji o biologii, pokarmie i zwyczajach błotniaków itp. itd. Po kilku dniach udało się nawiązać kontakty z sokolnikami i tylko dzięki ich naprawdę ofiarnej pomocy, dowiedziałem się jak karmić, jak chować i wreszcie jak wychować drapieżnika w taki sposób, by można go było bezpiecznie zwrócić Naturze. Bez ich rad, być może wychowałbym swego ptaka, ale o mocno spaczonej psychice a tym samym nie nadającego się do wypuszczenia. Szczęśliwie okazało się, że techniki sokolnicze - lekko tylko zmodyfikowane - świetnie nadają się do readaptacji takich sierot. Zmartwiło mnie jednak ogromnie, że nie tylko muszę seperować swego podopiecznego od ludzi, ale przede wszystkim ode mnie samego, szczególnie we wczesnym okresie jego rozwoju. Na dalszych etapach opieki także miałem oswajać mego pupila tylko w takim stopniu, w jakim to będzie niezbędne. Miałem być matką i ojcem błotniaczka, nauczyć go latać i polować, choć sam tego nie umiem. I najgorsze - pewnego dnia miałem wywieźć i celowo "zgubić" swego wychowanka w terenie, pozostawiając go na łasce losu. Już przeczuwałem jak zniosę takie rozstanie, bo w ciągu tych paru dni pokochałem mego "sokoła" z całych sił.

      W krótkim czasie, dzięki poznanemu sokolnikowi, zdobyłem zapas odpowiedniej karmy dla swego ulubieńca, zapełniając nią całą zamrażarkę ku utrapieniu żony. Początkowo musiałem karmić malucha kilka razy dziennie, od świtu począwszy, kiedy to swoim piskliwym głosikiem wyraźnie dawał znać o pustym żołądku. Uspokajałem się widząc jak chętnie je i choć jadł niedużo, to byłem bardzo zaskoczony tempem, w jakim się rozwijał. Miałem wrażenie, że rośnie w oczach. Kukla - bo tak nazwaliśmy błotniaczka - rósł jak na drożdżach. Dosłownie. Każdego wieczoru był inny niż jeszcze rankiem tego samego dnia! A jego imię wzięło się stąd, że jako niesłychanie bystry ptak, wszystko bacznie obserwował, kręcąc przy tym przezabawnie swym uroczym łebkiem na wszelkie możliwe strony. Nader często odwracał głowę tak, że patrzył na świat do góry nogami, zupełnie jak kukiełka. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, aby podczas karmienia puszczać mu z kasety nagrania głosu błotniaka stawowego, co też zrobiłem. Maluch, na dźwięk głosu dorosłych błotniaków, poderwał się i szeroko otwartymi ślepkami intensywnie szukał nad sobą znajomej sylwetki. Niewątpliwie biedaczek wypatrywał matki... Reakcja osieroconego pisklęcia rozczuliła mnie ogromnie. Niestety, mając na uwadze jego dobro, nie mogłem swoją osobą wynagradzać mu tej straty, choć pragnąłem tego z całego serca. Taką wewnętrzną walkę staczałem potem ze sobą niemalże każdego dnia.
Chcąc, aby mój podopieczny przebywał we w miarę naturalnym otoczeniu, zmajstrowałem mu w ogrodzie małe bajorko, gdzie zasadziłem trochę trzciny i tam przeniosłem sztuczne gniazdo, na wszelki wypadek osiatkowane. Maluch z gniazda szybko wyrósł, stawiając mnie przed kolejnym wyzwaniem: budową woliery. Z pomocą niezastąpionej żony, po kilku dniach woliera była gotowa. Pierzący się Kukla - wyglądający wtedy jak rozczochrany kurczak - zadomowił się w niej nadspodziewanie szybko. Dach pokryłem siatką, dzięki czemu wielokrotnie miałem okazje podziwiać bystrość wzroku błotniaczka. Często coś śledził na niebie, wyraźnie wodząc za czymś wzrokiem, podczas gdy ja nic nie widziałem, mimo usilnych starań. Dopiero w szkłach lornetki udawało mi się czasami i z trudem wypatrzyć bujającego wysoko myszołowa czy skowronka, maleńkiego jak kropeczka. Od samego początku musiałem poświęcać Kukli cały swój czas, nawet moja praca w dużym stopniu poszła w kąt z tego powodu, ale nie znaczyło to nic wobec rodzącej się między nami więzi. Robiłem to z wielką satysfakcją a szybkie postępy wychowanka napawały mnie ogromną radością. Po kilku tygodniach wyglądał już jak dorosły błotniak, jeśli nie liczyć paru gwiazdeczek puchu wyglądających tu i ówdzie spod ciemnych piór okrywowych. Wyrosły mu piękne lotki, potem sterówki i cała reszta piór w kolorze czarnej kawy. Tylko na łebku nosił rdzawą czapeczkę, w której wyglądał uroczo i trochę zawadiacko. Przecierałem oczy ze zdumienia ilekroć rozkładał skrzydła, bo okazywało się, że ich rozpiętość dochodzi do blisko półtora metra. Byłem tym zszokowany, jeszcze 4 tygodnie temu mieścił mi się w dłoniach! Nadszedł czas wychodzenia z nim na odkryte pola i łąki. W tym celu trzeba było zbudować mu zaciemnione pudło transportowe. Jak dowiedziałem się z literatury sokolniczej, takie, w którym w żaden sposób nie uszkodziłby sobie młodych piór. Mój pupil do pudła szybko się przyzwyczaił, chętnie doń wchodził, początkowo zwabiany małym kawałeczkiem mięsa. Wkrótce nie trzeba było go już niczym przekonywać, pudło skojarzyło mu się zapewne z łąkami, przestrzenią i wolnością. W tym okresie Kukla zaczynał intensywnie machać skrzydłami i czasem nawet udawało mu się podlatywać na 10-20cm. Musiałem zatem umożliwić mu wspinanie się po czymś, z czego mógłby zacząć zlatywać ćwicząc mięśnie i technikę lotu. W wolierze ustawiłem pochyły konar, a w terenie od tej pory sadzałem go na gałęziach krzaków i drzew. Mój przyjaciel jednak jakby nic sobie z tych zabiegów nie robił - głównie spacerował, chodząc i biegając jak kurczak. Martwiłem się nawet, że może nie będzie w ogóle latać, a tylko chodzić..? Owszem, podskakiwał i używał skrzydeł do łapania równowagi, ale wciąż poruszał się na piechotkę. Nawet na wstawiony do woliery konar wspinał się za pomocą dzioba i nóg, schodząc zeń w taki sam sposób. Wreszcie, któregoś pięknego dnia, ni stąd ni zowąd zerwał się nagle z niskiego pieńka i swobodnie machając skrzydłami wzleciał sprawnie na wysoką sosnę w ogrodzie. Stanąłem jak wryty, ale zamiast cieszyć się, wpadłem zaraz w panikę, gdy tylko uświadomiłem sobie, że przecież nie potrafię go stamtąd zdjąć. Po kwadransie czy dwóch dał się jednak przekonać do zejścia po kąsek mięsa. Dłuższą chwilę krygował się trwożliwie popiskując, aż w końcu pochylił się do przodu, rozpostarł skrzydła i spłynął pięknym, szybowcowym lotem prosto na moją rękę. Mimo że usiadł delikatnie - ostre jak szpilki szpony przebijały mi skórę raniąc do krwi. Nie czułem jednak bólu, bo przepełniała mnie duma i radość. Oto miałem drapieżnego ptaka, który swobodnie lata i siada mi na ręce! Jakże piękny widok przedstawiał sobą w powietrzu. Od razu było wiadomo, że jego żywiołem są przestworza, niebo, powietrze i wiatr. Od tej chwili zrezygnowałem z pudła transportowego, nosząc ptaka w pole na rękawicy, jak rasowego sokoła.


"Serce mi rosło widząc jak pięknym ptakiem był teraz Kukla"
Fot. Waldemar Krasowski

      Kukla robił coraz dłuższe i dalsze wycieczki powietrzne. Pewnego razu wzleciał w górę, okrążył kilkakrotnie dom, po czym wzbił się nad drzewa w ogrodzie sąsiada, gdzie z wyraźnym zadowoleniem bujał na wietrze, znikając mi co chwilę z oczu. Uszczęśliwiony ale i zaniepokojony, zawołałem ptaka po kilku minutach a on natychmiast zawrócił i fantastycznie manewrując pomiędzy gęstymi koronami drzew, z impetem wylądował mi na ręce. Z radości i wzruszenia serce skakało mi do gardła. Nie wierzyłem własnym oczom. Oto realizowało się moje marzenie z dzieciństwa - piękny ptak, prawdziwy drapieżnik o imponujących skrzydłach, dorastał i stawał się na moich oczach mistrzem latania! Zaraz też sowicie wynagrodziłem go ulubioną wątróbką drobiową. Mój pierzasty przyjaciel okazał się też być niesamowicie mądrym ptakiem. Często martwiłem się podczas kolejnych treningów i układania, że nic nie pojął, ale po kilku dniach okazywało się, że świetnie wszystko zrozumiał, mimo że tylko raz pokazałem mu o co chodzi. Wielokrotnie byłem świadkiem jego zadziwiającej inteligencji i wiele razy obserwowałem, jak w nowej dla siebie sytuacji bacznie rejestrował fakty, analizował je i dopiero na podstawie wyciągniętych wniosków podejmował jakieś świadome działanie. Jak miałem okazję się przekonać, prócz wielu wrodzonych, większość jego zachowań wynikała ze zdobytego doświadczenia i otrzymanej nauki. W mojej ocenie wrodzone umiejętności stanowiły tylko około 20% jego zachowań, całej reszty musiał się uczyć. Dużym zaskoczeniem była dla mnie jego reakcja, gdy po raz 1-szy w życiu zobaczył kurze jajko na werandzie. Natychmiast ruszył doń z zamiarem zjedzenia. Nie mógł poradzić sobie z przebiciem twardej skorupki, ale wystarczyło bym lekko ją naruszył i potem wszystko poszło jak z płatka. Kukla wypił jajko z wielkim smakiem, mrużąc przy tym oczy jak kot i mlaskając z zadowoleniem ilekroć przełykał żółtko.

      W tym okresie coraz częściej łapał coś w szpony. A to szyszkę, a to gałązkę, trawę albo kamyk. Kiedyś na łące zaatakował kępkę siana. Porwał ją w szpony jak prawdziwą zdobycz i bardzo dumny z siebie, odbył z nią swoistą rundę honorową, zakreślając mi nad głową wielkie kręgi nim usiadł na drzewie. Zrozumiałem, że oto nadszedł czas na naukę polowania. Polegało to najpierw na rzucaniu albo ciąganiu w trawie kawałka mięsa lub atrapy myszy. Dzięki swemu doskonałemu wzrokowi, Kukla błyskawicznie dostrzegał taką "zdobycz" w najgłębszej nawet trawie i natychmiast atakował. Instynkt drapieżcy kazał mu gonić i atakować niemal wszystko, co się ruszało. Z biegiem czasu nauczył się rozpoznawać, co jest jadalne a co nie, ale nim to nastąpiło, skosztował zarówno stokrotek jak i pasikoników. Początkowo zdarzało się, że chybiał celu i atak kończył się fiaskiem, z każdym jednak dniem stawał się coraz lepszym i bardziej zaprawionym w łowach myśliwym. Coraz agresywniej i celniej atakował "ofiary". Bywał przy tym naprawdę mocno pobudzony i zapalczywy. Kilka razy, nie trafiwszy w zdobycz, wyładowywał nagromadzoną energię na mojej głowie albo nodze. Kosztowało mnie to nawet parę głębszych zadrapań, ale moja miłość do niego nigdy nie pozwoliła mi na utratę cierpliwości. Kiedy już latał bardzo dobrze i sprawnie chwytał atrapę zdobyczy także w powietrzu, musiałem zacząć ograniczać karmienie, aby próbował samodzielnie coś upolować. Ostateczna decyzja zapadła, gdy z żabą podrzuconą do woliery uwinął się w kilka sekund. Na polach i łąkach, gdzie codziennie trenowaliśmy, odlatywał coraz dalej i coraz częściej traciłem go z oczu. Zazwyczaj, gdy ja szedłem, on leciał niespiesznie, zataczając mi wielkie kręgi nad głową. Innymi razy patrolował cały teren przed nami, latając nisko, nie więcej niż 1-2m nad ziemią. Jeśli gdzieś odleciał, najczęściej odnajdywałem go po godzinie w ulubionej kępie drzew, gdzie zwykł odpoczywać na jednej z wierzb. Czasami, gdy odlatywał z łąk i gubił mi się gdzieś w lesie, szedłem i gwizdałem za nim w dobrze mu znany sposób i zawsze to Kukla mnie odnajdywał, a nie ja jego. Coraz częściej, gdy wracał po dłuższej nieobecności, nie miał już tak wielkiego apetytu. Znaczyłoby to, że polował już sam. Nieraz przepadł mi za lasem i gdy po paru godzinach poszukiwań traciłem już wiarę, mój drapieżnik nagle pojawiał się nie wiadomo skąd i kwiląc radośnie zlatywał do rękawicy po swój kawałek mięsa. To, co przeżywałem w takich chwilach trudno opisać. Oto błotniak, którego dzikich pobratymców widywałem tylko z daleka, latał bez najmniejszych obaw tuż przy mnie. Pozwalał się przy tym głaskać, podbierać z gałęzi, dawał się przywoływać i sam ochoczo wskakiwał na rękę. Niemal dziki, a na pewno zupełnie wolny ptak, wracał gdzieś hen spod nieba i sfruwał mi na rękę. Byłem tym do głębi wzruszony. Miałem swego "sokoła", byłem sokolnikiem.


"Każdego ranka i popołudnia wychodziliśmy w pola i łąki, często wracając dopiero o zachodzie słońca...."
Fot. Waldemar Krasowski

      Obcych ludzi obawiał się i uciekał przed nimi, ale mnie traktował jak swego wypróbowanego towarzysza. Czasem zastanawiałem się widząc go nad sobą, czy ja aby na pewno nie śnię..? Każdego ranka i popołudnia wychodziliśmy w pola i łąki, często wracając dopiero o zachodzie słońca. Serce mi rosło widząc jak pięknym ptakiem był teraz Kukla. Tymczasem lato nieuchronnie zbliżało się ku końcowi a ja nieopatrznie tak przywiązałem się do swego przyjaciela, że świat przestawał dla mnie istnieć bez niego. W myślach wciąż odsuwałem termin ostatecznego rozstania z ukochanym ptakiem, ale widząc go wolnego w przestworzach, doskonale wiedziałem, że jego miejsce nie jest w wolierze.
Z końcem sierpnia nadeszły pierwsze chłody. Zauważyłem wtedy, że mój pupil zrobił się bardzo niespokojny. Ciągle podlatywał w wolierze jakby próbował się z niej wydostać. Niedługo potem, pamiętnego dnia, poleciał daleko i tak wysoko, jak nigdy przedtem. Chwilę wcześniej tego ranka, jeszcze w ogrodzie, kwilił głośno do mnie latając nad drzewami. To zlatywał do ręki, to znów podrywał się w górę, zupełnie jakby zachęcał mnie do wzbicia się z nim w powietrze. Kiedy usiadł mi na rękawicy, poszliśmy na łąki. Tam, jak zwykle puściłem Kuklę do lotu a on zachował się inaczej niż zwykle - nie kołował nad łąkami tylko poszedł od razu i zdecydowanie prosto przed siebie, w kierunku południowym. Widziałem jeszcze jak po drodze spłoszył z drzewa myszołowa, z którym fiknął ze dwa koziołki w powietrzu, ale zaraz wrócił na wcześniej obrany kurs. Wykorzystując kominy termiczne wznosił się coraz wyżej i wyżej, ciepłe prądy unosiły go coraz dalej i dalej. Zaczynałem tracić go z oczu, więc podniosłem lornetkę. Widziałem, że nadal się wznosi i coraz bardziej oddala. Po kilkunastu minutach nawet w szkłach lornetki był już tylko maleńką kropeczką nad horyzontem. Wcześniej zdarzało się już, że znikał mi tak daleko, ale tym razem coś mi mówiło, że tracę go na zawsze. W końcu i kropka na niebie raz po raz zaczęła mi znikać, aż rozpłynęła się w oddali. Długo jeszcze tak stałem ze ściśniętym gardłem i długo nie chciałem oderwać lornetki od oczu. Wpatrywałem się w jakże puste teraz miejsce nad horyzontem, jakby mogło to odwrócić bieg wydarzeń a przez głowę przelatywały mi wspomnienia wszystkich cudownych chwil, jakich ten piękny ptak dostarczył mi w ciągu wspólnie przeżytych miesięcy.

      W ciągu następnych 10-ciu dni, przemierzyłem całą tamtejszą okolicę, gwiżdżąc i wołając jak obłąkany. Okłamywałem samego siebie, że przecież jeszcze nie pora do odlotu na zimowiska... Z daleka rozpoznawałem już wszystkie tamtejsze myszołowy, pustułki i jastrzębie, ale na niebie nie było nawet śladu znajomej sylwetki. W torbie długo jeszcze nosiłem rękawicę i jedzenie dla Niego. Na próżno. Nie spotkałem więcej swego Kukli.

      Ostatnio przyłapałem się na tym, że dziwi mnie, gdy napotykane błotniaki uciekają przede mną...


Mam wielką nadzieję, że dobrze Ci się wiedzie i że pamiętasz wszystko, czego Cię nauczyłem, mój skrzydlaty Przyjacielu. Zapomnij jednak, że to człowiek Cię wykarmił i zaklinam - nie podchodź do ludzi! Nie przeżyłbym, widząc Cię wypchanego na jakimś telewizorze...



      Waldemar Krasowski



Uwagi i komentarze prosimy kierować do redakcji.

Powrót


START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY



© Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody "Salamandra"
Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Speth AZS Poznań Srebrna Góra Srebrna Góra Forum o fotografii SEO blog