Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Konkurs "ZIELONE PIÓRO"

START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY

Dziki świat wielkomiejskich osiedli



Poznańskie osiedle - kilka lat temu w oknie jednego z widocznych wieżowców, gnieździła się pustułka !
Fot. Maciej Grabowiecki

      To był zwykły majowy poranek. O ile w ogóle można użyć określenia zwykły w stosunku do wiosennego początku dnia, pełnego świeżości, radości i wszechogarniającej eksplozji życia, gdy zieleń jest najpiękniejsza, śpiew ptaków najgłośniejszy, a przyjemnie chłodne powietrze orzeźwia niczym woda z górskiego strumienia. Było krotko po szóstej, a ja nieco jeszcze zaspany stałem i przyglądałem się niewielkiej lipie, myśląc już o słodkim zapachu jej kwiatów, które pojawią się dopiero za miesiąc oraz aromatycznej lipowej herbacie z miodem, którą tradycyjnie rozgrzewam się w długie zimowe wieczory. Za oknami huczy wówczas wiatr, mróz siedzi na swym trzeszczącym tronie, a ziemię pokrywają białe falbany jego wielkiego, skrzącego się w księżycowym blasku płaszcza. W takie wieczory, z parującego kubka rozlewają się po domu wspomnienia letnich miesięcy, a wraz z nimi obrazy upalnych dni spędzonych na obserwacjach w terenie. Wtedy też rodzą się pierwsze, mgliste zarysy kolejnych planów i przyrodniczych eskapad. Lubię te wieczory, lubię wspomnienia, ale przede wszystkim lubię lipy. Lubię ich sylwetki i zapach, ich sercowate liście od góry zielone, a od spodu srebrzyste i ich gładką korę, lubię gdy szumią na wietrze i gdy milczą zaklęte w zastygłym upale sierpniowego słońca.

      Nagle szum, jakiś ruch i krotki trzepot. Kątem oka, na samej granicy pola widzenia dostrzegłem coś, jakby szarobrązową rozmytą plamę, która przemknęła koło mnie nisko nad ziemią i zniknęła pod krzewami forsycji po prawej stronie. W zasadzie, wszystko to wydarzyło się naraz, w jednej chwili, a w każdym razie na tyle szybko i nieoczekiwanie, ze całość zlała się w moich zmysłach w absolutnie jednorodny akord, który wyrwał mnie z sennego zamyślenia. Automatycznie odwróciłem głowę w tym kierunku, a widok który ujrzałem wywołał przyjemny dreszcz na całym ciele. Krogulec. Siedział bokiem do mnie, pod krzewem, z szeroko rozpostartymi skrzydłami i rozłożonym na ziemi ogonem, jakby zazdrośnie chciał ukryć przed światem coś skrywanego u swych stóp. Ale ja dostrzegłem już szary kłębek, bezwładnie szamoczący się pod tymi skrzydłami. Wróbel beznadziejnie walczył o życie. Niemal w tej samej chwili drapieżnik schylił głowę i szarpnął dwa razy. Gdy uniósł ją ponownie, trzymana w śmiertelnym uścisku szponów ofiara, była już bezwładna jak marionetka. Ptak rozejrzał się w obie strony, zapewne ujrzał mnie, stojącego nie dalej jak cztery, pięć metrów od siebie, zerwał się błyskawicznie i akrobatycznym lotem, pomiędzy kilkoma gęsto rozkrzewionymi rokitnikami zniknął mi z oczu. Jeszcze przez kilka sekund stałem nieruchomo, tyleż zachwycony spotkaniem, co zdziwiony niezwykłą nonszalancją, a może brawurą krogulca.

Sztuczne skały - doskonale siedlisko dla ptaków !
Fot. Maciej Grabowiecki


      Cała sytuacja, mimo iż trwała zaledwie kilka sekund, była zarówno dla mnie jak i dla małego drapieżnika niecodziennym doświadczeniem i prawdopodobnie obu nam zapadła w pamięci na długo. Jestem jednak przekonany, ze niejeden miłośnik ptaków może pochwalić się przynajmniej kilkoma równie ciekawymi spotkaniami, i nie pisałbym o nim, gdyby nie pewien bardzo istotny szczegół. Otóż incydent ten wydarzył się w Poznaniu, w samym środku dużego osiedla, pomiędzy ruchliwą ulicą, blokiem mieszkalnym a supersamem. Ja byłem na spacerze z psem, parędziesiąt metrów dalej kilka zaspanych osób czekało na autobus, a pusty wprawdzie o tej porze plac zabaw znajdował się po drugiej stronie wspomnianych forsycji.

        Pół godziny później, gdy to ja stałem na przystanku w drodze do pracy, cały czas myślałem jeszcze o odważnym drapieżcy. Teraz jednak, gdy minęły pierwsze emocje, oceniałem go zupełnie inaczej. Nie był już zuchwałym czy wręcz szalonym łowcą, ale po prostu jeszcze jednym stworzeniem, które, bądź to samo znalazło dla siebie niszę w nowym sztucznym środowisku, bądź tez zostało do tego zmuszone, stając przed wyborem - przystosować się lub zginąć.

      Miasta rozrastają się nieustannie, nowe drogi przecinają pola i łąki, kolejne hektary lasów padają wśród ryku pił spalinowych, a znalezienie miejsca w którym nie dałoby się zauważyć skutków działalności człowieka staje się coraz trudniejsze. Nie mając żadnej alternatywy, w sytuacji gdy ich naturalne siedliska kurczą się lub wręcz znikają, zwierzęta próbują - na cale szczęście nierzadko z powodzeniem - zaadoptować się do nowych warunków. Takim właśnie konformistą był zapewne "mój" krogulec. Prawdopodobnie założył gniazdo w pobliskim parku, lub nawet wewnątrz osiedla, gdzie kilkadziesiąt domków jednorodzinnych wraz z niewielkimi, czasem zapuszczonymi ogrodami tworzy zieloną enklawę. Na brak pokarmu z pewnością nie narzeka - w zakamarkach dachów i gzymsów, w rynnach, pod kloszami rozbitych latarni, czy tez za ścianami wszędobylskich bilboardow gnieżdżą się dziesiątki wróbli, żwawe sikory bogatki nieustannie przeczesują drzewa, a stada szpaków patrolują trawniki. Zimą nierzadko trafi się dzwoniec, kwiczoł lub jemiołuszka. Wystarczy tylko pokonać odwieczny strach przed ludźmi, czy raczej nauczyć się go kontrolować i życie w dużym mieście może być całkiem znośne.

        Zresztą, sprawa dotyczy nie tylko krogulców. Od lat już centra największych nawet aglomeracji zamieszkują pustułki, a wieżowce nowojorskiego Manhattanu, będące symbolem bezkompromisowego rozwoju cywilizacji, są domem dla świetnie prosperującej populacji sokoła wędrownego. I szczerze mówiąc nie ma w tym nic dziwnego. Bo przecież czymże dla ptaków z rodziny sokołów są drapacze chmur, wielkie mosty i strzeliste wieże telewizyjne jak nie zmodyfikowaną wersją skał, pośród których od zawsze chętnie się gnieździły. Każdy odpowiednio odległy od ziemi dach, daszek, parapet i przypominający półkę skalną gzyms jest dla nich wręcz stworzony.

      Ale zostawmy w spokoju drapieżniki. Pospolite i znane wszystkim mieszczuchom sroki również są "imigrantami". Jeszcze nasi dziadkowie pamiętają, ze zamieszkiwały wyłącznie wsie i obrzeża lasów, tymczasem dzisiaj nie można wprost wyobrazić sobie miejskiego skweru bez bialo-czarnej sylwetki i głośnego alarmującego skrzeczenia.

Sterta odpadków z pobliskiej restauracji to łatwy i obfity posiłek dla lisa !
Fot. Maciej Grabowiecki


      Tego typu przykłady można by mnożyć. Któż dziś wyobraża sobie miasto bez mewy śmieszki, kosa czy też gołębia grzywacza - w tym roku jedna para założyła gniazdo na klonie pod moim blokiem, nie dalej jak trzydzieści metrów od naprawdę ruchliwego skrzyżowania.

      Na tym jednak nie koniec. Nie tylko ptaki postanowiły, lub zostały zmuszone zamieszkać w mieście. Identycznie przedstawia się sytuacja ssaków. Na tym samym osiedlu na którym spotykam pustułki, kosy, dzwońce, grzywacze, kwiczoły, czasem zięby, raniuszki a sporadycznie krogulca, widuje również jeże, lisy i kuny - nieczęsto wprawdzie, z uwagi na ich nocny tryb życia, ale bezsprzecznym jest fakt, ze przynajmniej jeże i kuny są tu stałymi mieszkańcami. Lisy jak przypuszczam zapuszczają się pomiędzy bloki w poszukiwaniu pożywienia. Nie, nie ! Wcale nie są chore na wściekliznę, choć na pewno i takie sytuacje czasem mogą się zdarzyć. U nas jest to relatywnie nowe zjawisko, ale w wielu miastach Anglii obecność lisa lub borsuka na ulicy nie wywołuje większego zdziwienia niż obecność kota lub bezpańskiego psa. Miasta Stanów Zjednoczonych są z kolei nawiedzane przez cale zastępy szopów praczy.

      Wyjaśnienie takiego stanu rzeczy jest identyczne jak w przypadku skrzydlatej gawiedzi. Po pierwsze kurczące się i zanikające naturalne siedliska zmuszają słabsze i młodsze osobniki do migracji. Paradoksalnie, to właśnie człowiek, który wraz ze swoją wielkomiejską infrastrukturą jest głównym źródłem ich problemów i sprawcą całego nieszczęścia, może teraz zaoferować ostatnie miejsca pozwalające przeżyć. Tylko tu nie jest jeszcze za ciasno, nie trzeba być najlepszym, najszybszym i najsilniejszym.

      Tylko tu jest też względnie łatwo o pożywienie. Poza wszystkim tym, co zwierze jest w stanie zdobyć drogą naturalną, a wiec polując, poszukując owadów i pędraków, czy tez żywiąc się dostępnymi owocami ( jarzębina, głóg, oliwnik ), może także korzystać z w zasadzie nieograniczonego dostępu do odpadków. Wysypiska, śmietniki i kosze na odpadki to pewne, bezpieczne i niemal darmowe w sensie włożonego wysiłku i poświeconego czasu stołówki, zapewniające nie tylko przetrwanie, ale dostatnie życie.
Dużo mniejsza konkurencja, i to zarówno w ramach tego samego gatunku, jak i pomiędzy osobnikami różnych gatunków odżywiającymi się podobnym pokarmem jest magnesem przyciągającym "wygnańców", ale i dobrowolnych "imigrantów". I tak wspomniana już "osiedlowa" kuna lub mężny krogulec raczej nie będzie musiał staczać częstych potyczek o zdobycie i utrzymanie terytorium, gdyż najpewniej nie spotka w mieście zbyt wielu swoich pobratymców. W obliczu obfitości pokarmu walka o pożywienie staje się zupełnie bezcelowa. Przeprowadzone w Anglii badania wykazały, iż miejskie lisy żyją średnio niemal dwa razy dłużej od swoich polno-lesnych kuzynów, co jest najlepszym dowodem wskazującym na korzyści płynące z przełamania wrodzonego i skądinąd uzasadnionego leku przed człowiekiem.

Miejsca opuszczone, zapomniane i zdewastowane przyciągają dzikich mieszkańców - jeże, lisy i kuny
Fot. Maciej Grabowiecki


      Na obszarach zurbanizowanych nie ma wbrew pozorom problemów ze znalezieniem odpowiedniej kryjówki czy też miejsca na gniazdo. Parki, dzielnice domów jednorodzinnych i obszary zajmowane przez miejskie ogródki działkowe, będące zielonymi wyspami w krajobrazie miasta, oferują całe bogactwo gęstych krzewów, rozmaitej wielkości żywopłotów oraz mnóstwo wysokich, starych drzewa. Pośród gęstej zabudowy nie brak też miejsc zdewastowanych i zapomnianych; nieużywanych bocznic kolejowych, stert leżącego latami gruzu czy też złomowisk, pośród których niewielka nora lub dobrze ulokowane legowisko pozwoli spokojnie wychować młode lub przetrwać zimę. Wreszcie zakamarki budynków, kominy, otwory wentylacyjne i tym podobne miejsca służą z powodzeniem ptakom gnieżdżącym się w dziuplach, choć przyznać trzeba, ze powszechne ostatnio docieplanie budynków dość znacznie ograniczyło ilość tego typu kryjówek. Na szczęście w wielu miastach dzicy mieszkańcy mogą liczyć na wsparcie ze strony silnych sojuszników, jakimi są organizacje ochrony przyrody. Dotychczasowe doświadczenia wskazują, ze działania tychże organizacji, polegające m.in. na zawieszaniu skrzynek lęgowych czy ochronie miejskich ostoi ptaków, nie są bezowocne i przy odpowiednim zaangażowaniu, oraz odrobinie dobrej woli, rokowania na przyszłość są jak najbardziej pomyślne.

      Czy to z konieczności, czy też z własnego wyboru dzicy mieszkańcy pól i lasów coraz częściej zapuszczają się na obszary wielkich miast. Nie należy wprawdzie spodziewać się, i to nawet w odległej przyszłości, głuszca tokującego na rynku starego miasta, ani szczudłaka spacerującego wokół basenu, ale jestem przekonany, ze przyroda w tej kwestii zaskoczy nas jeszcze nie raz, podobnie jak czyniła to już w przeszłości. Póki co obserwujcie uważnie - być może pod waszym oknem skrada się właśnie gronostaj, a wiosną na brzozie koło parkingu przysiada któraś z pokrzewek, rudzik albo muchołówka.


      Maciej Grabowiecki



Uwagi i komentarze prosimy kierować do redakcji.

Powrót


START  •   KONKURS  •   REGULAMIN  •   NAGRODY



© Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody "Salamandra"
Strona główna  Aktualności  Magazyn Przyrodniczy  Ciekawe miejsca  Akty prawne  Sklepik  O Salamandrze  Kontakt  
Speth AZS Poznań Srebrna Góra Srebrna Góra Forum o fotografii SEO blog ka