Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 

Sprzątamy dom nietoperzom

Zimowe liczenia nietoperzy stwarzają wyjątkowe okazje do zobaczenia latających ssaków z bliska, ale niestety wymagają również bliskiego kontaktu z tonami śmieci, jakimi przedstawiciele naszego gatunku bezceremonialnie zasypują wszystkie porzucone i niepilnowane przez nikogo podziemia – czy to XX-wieczne schrony bojowe, XVIII-wieczny fort czy też piwnice zrujnowanego pałacu.

W którymś momencie badacze nietoperzy mają dosyć deptania po tłuczonym szkle, szmatach, kłębach drutu, plastikowych kubłach na farby i elementach starych komputerów, że o eufemistycznie określonych „zużytych materiałach higienicznych” nie wspomnę. Wtedy, czekając, aż nietoperze obudzą się z hibernacji i opuszczą podziemne kryjówki, przystępują do działania. 13 czerwca 2019 roku członkowie i sympatycy Akademickiego Koła Chiropterologicznego PTOP „Salamandra” posprzątali ceglany schron przeciwlotniczy w Gdyni Babich Dołach, zbudowany przez Niemców w czasie II wojny światowej dla robotników przymusowych pobliskiej montowni torped. Jest on dziś miejscem zimowania 30–50 nocków – dużych, Natterera i rudych – którym w ostatnich latach regularnie towarzyszy jeden nocek łydkowłosy. Aby zapewnić spokój nietoperzom, wejścia wcześniej zabezpieczono odlanymi z betonu kratami*, jednak kilka lat temu jedną z krat… ktoś ukradł z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy – musiał ją bowiem wynieść na własnych plecach (do wejścia nie ma żadnego dojazdu). W ciągu kilku godzin udało się całkowicie oczyścić korytarz z odpadków i wypełnić kilkanaście stulitrowych worków na śmieci, uzupełnionych o odpady wielkogabarytowe i stary dywan. Z nadmiaru produktów naszej cywilizacji został też uwolniony las w bezpośrednim sąsiedztwie schronu. O wywóz tych zbiorów zadbał Urząd Miasta Gdyni, za co serdecznie dziękujemy. Przyszłoroczne liczenie nietoperzy odbędzie się już w przyjaźniejszych warunkach niż te przypominające komunalne wysypisko.

Mateusz Ciechanowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Akademickie Koło Chiropterologiczne PTOP „Salamandra”

*) O schronie tym pisaliśmy tutaj: Nietoperze w Babich Dołach już bezpieczne – SALAMANDRA 1/2008).

Szczęśliwa trzynastka

W drugiej połowie lipca już po raz trzynasty zorganizowaliśmy letnie obozy przyrodnicze w ramach Programu „SUSEŁ”. Podczas tych obozów prowadzimy monitoring liczebności susłów moręgowanych na stanowiskach reintrodukcji* tych zwierząt, a także obserwujemy ich zachowania w naturalnym środowisku.

Przez dwa wakacyjne tygodnie najczęściej powtarzanym przez nas zawołaniem było „mam norę!”. Dzięki naszym dzielnym wolontariusz(k)om na łąkach w Kamieniu Śląskim, Głębowicach i Jemielnie ponownie pojawiły się setki tyczek z chorągiewkami. Zaznaczenie i policzenie wszystkich znalezionych nor susłowych stanowiło nie lada wyzwanie. Po pierwsze dlatego, że (ku naszej radości) nor było dużo, a po drugie – upał mocno dawał nam się we znaki.

Niemal siedemset – tyle nor i ich systemów naliczyliśmy w tym roku i w Kamieniu Śląskim, i Głębowicach. To oznacza, że na obu stanowiskach susły radzą sobie dobrze. W Jemielnie stwierdziliśmy sporo ponad sto nor, ale na te wyniki miało wpływ wypuszczenie nowych osobników, które przeprowadziliśmy na wiosnę (zobacz: Kolejne susły na wolności – SALAMANDRA 1-2/2019).

Program „SUSEŁ” jest realizowany przez PTOP „Salamandra” nieprzerwanie od 2004 roku i ma na celu odtworzenie populacji susła moręgowanego w Polsce oraz jego ochronę. Niezmiennie dziękujemy wszystkim osobom, które nam w tym pomagają.

Julia Kończak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

*) Reintrodukcja to ponowne wprowadzenie gatunku w miejscu, gdzie kiedyś występował, ale z jakichś powodów wyginął.

Skróty ze świata nauki

Słoik i pijawki zamiast lornetki

Wykrywanie gatunków zwierząt w terenie wymaga cierpliwości, szczęścia oraz specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Wielu naukowców usilnie pracuje nad pozbyciem się tych uciążliwych ograniczeń. W lipcu 2019 roku ukazała się praca podsumowująca analizy, do których badacze pobierali wodę ze zbiorników będących wodopojami dla ssaków na afrykańskiej sawannie, a następnie izolowali z niej tzw. DNA środowiskowe (eDNA), aby zidentyfikować genetyczne „odciski palców” pijących tam zwierząt. Proponowali to jako wygodną alternatywę dla tradycyjnej inwentaryzacji fauny. Podobną metodą próbuje się zresztą, również w Polsce, stwierdzać obecność żółwia błotnego. Zwierzę przebywające w wodzie zawsze zostawi resztki swoich tkanek, zwykle nabłonka – startego z powierzchni ciała, wydalonego z jelit wraz z odchodami czy z jamy gębowej podczas picia.

Jeśli jednak myśleliście, że poszukiwanie zwierząt przez analizę genetyczną wody z wodopoju jest dziwną metodą, przypominającą drapanie się lewą nogą w prawe ucho, to co powiedzielibyście o izolowaniu DNA z... krwi wypitej przez tropikalne, lądowe pijawki? W lasach regionu indo-pacyficznego są one prawdziwym dopustem bożym dla podróżników, ale też mieszkających tam zwierząt kręgowych. Ze względu na swój sposób odżywiania przechowują przez pewien czas próbki krwi żywicieli – wszystko, czego potrzebuje genetyk, aby ustalić przynależność gatunkową tych ostatnich. Pijawki zastosowano do inwentaryzacji lokalnej fauny kręgowców już w co najmniej kilku publikacjach. Na Madagaskarze pozwoliło to wykryć m.in. lemury, tenreki, dzioborożce czy endemiczne żaby, w Azji Południowo-Wschodniej: niedźwiedzie, jeżozwierze, tupaje, łuskowce i mundżaki, w Australii zaś – kangury, wombaty, emu i lirogony. A wszystko to bez choćby jednego spojrzenia na całą tę menażerię i bez konieczności jej rozpoznawania.

Znikające dziobaki

Dziobak jest jednym z najdziwniejszych ssaków świata – składa jaja, zamiast rodzić żywe młode, a pysk ma zakończony płaskim dziobem przypominającym kaczy, co skłoniło XVIII-wiecznych zoologów, badających pierwszą przywiezioną do Europy skórę, do podejrzeń, że padli ofiarą oszustwa. Czy z dala od oczu naukowców zachodzi proces wymierania tego symbolu Australii? Jakim sposobem nikt tego wcześniej nie zauważył? Wykorzystując geograficzne analizy dostępnych dla tego zwierzęcia siedlisk, a także współczesne i wcześniejsze wyniki badań terenowych, wreszcie sięgające XIX wieku zapiski historyczne, grupa badaczy z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii i Platypus Conservation Initiative twierdzi, że dziobak stopniowo zanika, a dotychczasowy status tego gatunku na światowej czerwonej liście (bliski zagrożenia) jest z pewnością niedoszacowany. Jeśli to prawda, wówczas mielibyśmy do czynienia z jednym z najsmutniejszych wymierań w historii naszej planety.

Tajemnice mowy nietoperzy

Wiele zwierząt komunikuje się ze swoimi ziomkami, chociażby wysyłając do wszystkich możliwych odbiorców ogólne komunikaty – wilki wyją, aby poinformować o swojej obecności inne watahy, ptaki i niektóre nietoperze śpiewają, aby zwabić partnerkę, wielkie koty znaczą moczem granice terytorium. Jednak rudawiec nilowy (Rousettus aegyptiacus), owocożerny nietoperz żyjący m.in. w Afryce, na Bliskim Wschodzie i Cyprze, wydaje dźwięki, które nie tylko odnoszą się do konkretnej sytuacji życiowej, ale są uzależnione również od tego, kto jest ich odbiorcą. I nie chodzi tu o ogólne kategorie odbiorców, jak „samica”, „młode”, „współmieszkaniec kolonii”, „obcy”, ale o konkretne osobniki – taki, powiedzmy, „Kowalski spod piątki”, „Nowakowa z przeciwka”, „teść”. Dotychczas spore wyzwanie stanowiło wychwycenie dźwięków wydawanych przez poszczególne osobniki w zatłoczonej kolonii, co powodowało, że mikrofony badaczy rejestrowały kakofonię sygnałów i trudno było przypisać je do konkretnych zachowań. Grupa izraelskich badaczy monitorowała kolonię 22 indywidualnie oznakowanych rudawców w hodowli. Zmodyfikowali oni program do rozpoznawania ludzkiego głosu i przeanalizowali za jego pomocą 15 000 nietoperzowych „wypowiedzi”. Dzięki temu byli w stanie przypisać poszczególne głosy do różnych interakcji społecznych, zarejestrowanych kamerą wideo. 60% wszystkich dźwięków dotyczyło czterech sytuacji: nietoperze kłóciły się o posiłek, o miejsce odpoczynku w wiszącej na suficie grupie zwierząt, protestowały przeciwko niechcianym awansom ze strony przedstawiciela płci przeciwnej i... kłóciły się tak po prostu, wisząc blisko siebie. Okazało się, że nietoperze wydawały nieco inne dźwięki, komunikując się z różnymi osobnikami – zupełnie tak jak wtedy, gdy ludzie używają innego tonu głosu, w zależności od osoby słuchacza. Potrafi to tylko kilka innych gatunków, takich jak delfiny i niektóre małpy.

Czy nasze ściśle owadożerne nietoperze też są tak rozmowne jak rudawce nilowe? Być może nieprędko uzyskamy odpowiedź na to pytanie, choćby dlatego, że utrzymanie kolonii takich nietoperzy w hodowli jest o wiele trudniejsze. Wiadomo jednak, że również nasze nocki, mroczki czy karliki dysponują bogatym repertuarem różnych dźwięków, ogólnie określanych jako „głosy socjalne”. Niektóre z nich są na pewno głosami godowymi terytorialnych samców, inne pojawiają się tylko podczas kontaktu matki z dzieckiem. Funkcja większości z nich pozostaje jednak nieznana, choć są nagrywane w koloniach letnich i ich otoczeniu, gdzie naraz przebywają dziesiątki, a nawet setki dorosłych samic, a potem również ich młodych. Może kolonie takie to kłębowisko plotek, awantur i intryg, a nie tylko bezpieczne miejsce do spędzenia dnia?

Naukowcy ze smartfonami

Prowadzenie badań naukowych uważane jest powszechnie za działalność elitarną, dostępną dla garstki ludzi. Najpierw wiele lat specjalistycznych studiów, lata praktyki w terenie lub laboratorium, tony przeczytanych książek i już możemy samodzielnie badać zwyczaje godowe pantofelków albo globalne zmiany klimatu. Czy udział w tworzeniu nowej wiedzy o świecie przyrody jest dostępny dla zwykłych śmiertelników? Okazuje się, że przynajmniej w ekologii bywa on nie tylko możliwy, ale wręcz niezbędny. Wszędzie tam, gdzie gromadzenie danych musi obejmować rozległe obszary, bądź powinno być prowadzone przez długi czas, kierujący projektami badawczymi zmuszeni są odwołać się do społeczeństwa – pracownicy naukowi nie mogą być w terenie cały czas i nie wszędzie naraz. Zmiany zasięgów zwierząt i roślin, migracje czy częstość występowania różnych zachowań, wszystko to bywa przedmiotem zainteresowania tysięcy wolontariuszy-współpracowników, którzy w wolnym czasie notują, dokumentują (np. robiąc zdjęcia) i wysyłają informacje garstce specjalistów gromadzących dane i poddających je zaawansowanym analizom statystycznym. Metodę tę określa się mianem „nauki obywatelskiej” (citizen science).

Wśród ostatnio rozpoczętych projektów nauki obywatelskiej interesujący dla miłośników przyrody może być udział w MammalNet – paneuropejskiej sieci obserwatorów ssaków, której polską część koordynuje Instytut Biologii Ssaków PAN w Białowieży. Jego celem jest zaangażowanie obywateli w zbieranie danych na temat występowania dzikich gatunków ssaków w Europie. Dla zainteresowanych dostępna jest prosta aplikacja na telefon (iMammalia), która pozwala na łatwe rozpoznawanie pospolitych ssaków i wysyłanie zdjęć obserwowanych zwierząt. Obserwacje zebrane przez amatorów będą następnie weryfikowane przez naukowców, analizowane i udostępnione wszystkim zainteresowanym. Szczegóły tutaj: mammalnet.com/?lang=pl.

Drugim uruchomionym właśnie projektem o zbliżonej tematyce jest Atlas Ssaków Europy (EMMA) – ambitne zadanie sporządzenia map występowania wszystkich gatunków między Uralem a Portugalią. Prowadzony przez European Mammal Foundation, jest skierowany do naukowców, ale krajowi koordynatorzy z pewnością chętnie przyjmą możliwe do zweryfikowania obserwacje od każdego miłośnika przyrody – nie wolno przecież rezygnować z okazji, aby dodać kolejne kropki na mapie. W wielu państwach mapowanie rozmieszczenia ssaków będzie wymagało przynajmniej podstawowych badań naukowych, tymczasem naukowcy w uboższych krajach Europy Wschodniej cierpią na permanentny niedobór środków. Fundacja zamierza wesprzeć finansowo ich pracę, prosi więc o wpłaty na ten właśnie cel. Szczegółowe informacje można znaleźć pod poniższym adresem: support.european-mammals.org.

Karmnik włącza się na dzwonek

Rośliny – w potocznym wyobrażeniu – nie słyszą, nie widzą, nie czują dotyku i nie analizują informacji. Trudno robić to wszystko, nie mając układu nerwowego. A jednak wiedza na temat zmysłów roślin i ich reakcji na różne bodźce stale rośnie. Organizmy, które są podstawą istnienia większości ziemskich ekosystemów, okazują się stopniowo czymś więcej niż tylko napędzanymi światłem słonecznym fabrykami pokarmu dla zwierząt. Ostatnio stwierdzono, że rośliny mogą reagować na... dźwięk wydawany przez owada zapylającego i zareagować na niego tak, aby przygotować się na wyczekiwanego gościa. Oenothera drummondii, gatunek wiesiołka z południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, jest zapylany m.in. przez pszczoły i ćmy. Jak wiele innych wiesiołków został on zawleczony do Starego Świata i tam wzięli go pod lupę badacze izraelscy (znowu!). Okazało się, że roślina, której odtwarzano nagranie brzęczenia pszczoły lub syntetyczny dźwięk o takiej samej częstotliwości, produkowała słodszy nektar w ciągu następnych trzech minut, zwiększając swoją szansę na zapylenie. Kwiaty wpadały w mechaniczne wibracje w odpowiedzi na brzęczenie, co uruchamiało „system słodzący” (objętość nektaru nie zmieniała się przy tym, a więc nie była odciągana woda). Dźwięki o wyższej częstotliwości, np. takie jak emitowane przez nietoperze, nie wywoływały żadnej reakcji. Nie można wykluczyć, że sam kształt kwiatu mógł ewoluować również tak, aby spełniać funkcję „narządu akustycznego” – zupełnie jak uszy ssaków. Ciekawe, jak bardzo utrudniamy życie roślinom kwiatowym i ich zapylaczom, emitując dźwięki coraz silniej zaśmiecające przestrzeń wokół nas.

Małże zjadające skały

Świdrakowate (Teredinidae) to rodzina małży, które przekształciły swoje dwuklapowe muszle w skuteczne narzędzie do wiercenia dziur w drewnie zanurzonym w morskiej wodzie. Muszle te, zredukowane i przesunięte na jeden koniec ciała, tworzą doskonały świder. Zwierzęta były zmorą stoczniowców w epoce drewnianych kadłubów, a i dziś spędzają sen z powiek archeologom morskim. Reszta ciała takiego małża przypomina robaka, pozbawionego – siłą rzeczy – osłony muszli; w zamian jest chroniona przez twardą wyściółkę wapienną, pokrywającą ściany drewnianych korytarzy. Wyściółkę tę wydziela samo zwierzę za pomocą specjalnych gruczołów. Małż ryje w drewnie, a zeskrobane trociny połyka; są one jego pokarmem, rozkładanym przez bakteryjnych symbiontów w jelicie ślepym niczym u bobra. Tymczasem w jednej z rzek Filipin (a więc wodzie słodkiej) odkryto nowy rodzaj i gatunek świdraka, Lithoredo abatanica, który wierci takie same dziury w... wapiennych skałach. I robi to w taki sam sposób jak inne świdraki w drewnie – muszlą drąży i zjada skałę, wypuszczając otworem odbytowym drobny piasek (inaczej jednak niż inne drążące otwory w skale małże takie jak skałotocze, które nie pożerają kamienia). Pozostaje pytanie, jak odżywia się nowy gatunek, bo przecież nie skałą – przypuszcza się u niego filtrowanie z wody glonów planktonowych, zjadanie glonów porastających skałę albo symbiozę np. z bakteriami. Jelito ślepe, niezbędne do trawienia drewna, zanikło u tego gatunku.

Opracował: Mateusz Ciechanowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Program CHELONIA

W roku 2019 minął czwarty sezon prowadzonych przez nas działań w ramach Programu CHELONIA, skupiającego się na ochronie populacji żółwi błotnych pod Lesznem, gdzie znajduje się największe skupisko tych gadów w Wielkopolsce.

Podczas tego sezonu udało nam się oznakować i zabezpieczyć aż 14 komór lęgowych. Prace te przyczyniają się do zwiększenia szans na przetrwanie inkubujących się jaj, a w późniejszym okresie na przeżycie młodych żółwi oczekujących pod ziemią do pierwszych dni wiosny, kiedy to wykopują się na powierzchnię i wędrują do zbiorników wodnych. Nasza pomoc polega na ograniczeniu presji ze strony drapieżników oraz… człowieka. Niekorzystną działalność tych pierwszych hamujemy przez zastosowanie specjalnych siatek ochronnych, którymi zabezpieczamy komory lęgowe przed nieproszonymi gośćmi. To nie drapieżniki jednak stanowią główne zagrożenie dla żółwi na tym stanowisku. Lęgowiska zlokalizowane są na terenie pól ornych, gdzie co roku prowadzone są zróżnicowane zabiegi agrotechniczne. W konsekwencji niemal 100% komór lęgowych, wraz z całą zawartością, niszczonych jest w sposób niezamierzony przez rolników. Znakując komory, umożliwiamy osobom uprawiającym pola na ich omijanie, dając tym samym szansę młodym żółwiom na przetrwanie tego newralgicznego okresu w ich rozwoju.

Podejmowane przez nas działania mają charakter ratunkowy. W celu zapewnienia właściwej ochrony tej populacji konieczne jest wdrożenie stabilnych rozwiązań docelowych, nad którymi pracujemy już od pewnego czasu wraz z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska w Poznaniu.

W tym roku Program CHELONIA wsparły: ZOO Wrocław, Fundacja DODO, Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Poznaniu oraz liczna grupa osób prywatnych, które pomogły nam, przekazując darowizny w ramach prowadzonej na naszym profilu FB zbiórki publicznej. Za okazaną bezinteresowną pomoc dziękujemy z całego serca!

Borys Kala
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Tomasz Ogrodowczyk – ostatnie pożegnanie

W maju pożegnaliśmy Tomasza Ogrodowczyka, wieloletniego Przyjaciela Redakcji – człowieka wielu talentów i ogromnej pasji, rozmiłowanego w przyrodzie, którą pokazywał w sposób niebanalny, w niemal wszystkich możliwych odsłonach. Tylko ogromna wrażliwość na otaczający świat, a szczególnie na jego dziką naturę, niezwykle romantyczna dusza, a także ciągły zachwyt nad zdawałoby się zwykłymi i opatrzonymi już zjawiskami, mogły ukształtować przyszłego autora wyjątkowych zdjęć i filmów, a także rejestratora wielkiej symfonii przyrody.

Tomek podczas nagrywania głosów jeziora

Tomek podczas nagrywania głosów jeziora
Fot. Adriana Bogdanowska

Jego zdjęcia i filmy, ale również artykuły (publikowane m.in. w SALAMANDRZE), podobnie jak dźwięki natury, które skrupulatnie rejestrował i wydawał na płytach, były, są i będą wzorem do naśladowania oraz najlepszą lekcją przyrody.

Tomasz Ogrodowczyk z górą trzydzieści lat fotografował i opisywał świat roślin i zwierząt, utrwalał kamerą filmową i nagrywał jego głosy, co znajdowało uznanie zarówno wśród wielbicieli jego talentu, jak i znawców tematu, którzy nagradzali jego dokonania podczas konkursów i festiwali. Jego dorobek artystyczny jest bardzo bogaty. Wielkie koncerty przyrody, Jaki to ptak?, Rok w puszczy, Moczary i uroczyska, Magia sosnowego boru, Bagna są dobre! – to tylko te najbardziej znane i cenione tytuły, również wielokrotnie nagradzane w kraju i za granicą.

Zainteresowania przyrodnicze znalazły też odzwierciedlenie w wykształceniu. Najpierw ukończył kierunek przyrodniczy na ówczesnej Akademii Rolniczej w Poznaniu, by w trakcie dalszego rozwoju zawodowego zostać absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Swoją pasję mógł więc realizować w pracy zawodowej (przez 26 lat był związany z Leśnym Studiem Filmowym Ośrodka Rozwojowo-Wdrożeniowego Lasów Państwowych w Bedoniu, którym przez osiem ostatnich lat kierował).

Jego największym życiowym projektem było jednak przywrócenie pamięci o Włodzimierzu Puchalskim – nestorze polskiej fotografii i filmu przyrodniczego – przez wydanie w formie fantastycznych słuchowisk książek z tzw. Zielonej serii (przy okazji zachęcamy do przeczytania wywiadu, jaki przeprowadziliśmy z Tomkiem na ten temat niemal sześć lat temu)*. Jedynie ktoś tak niezwykle uwrażliwiony na otaczający nas świat przyrody mógł zmierzyć się nie tylko z duchową, lecz także tą bardziej namacalną, materialną spuścizną po Włodzimierzu Puchalskim.

Tomek potrafił z niezwykłą wirtuozerią oddziaływać na niemal wszystkie nasze zmysły. I właśnie takiego będziemy go wszyscy pamiętać – zaangażowanego do (a raczej bez) granic we wszystko, czym się aktualnie zajmował. Zawsze mogliśmy liczyć na jego wsparcie i fachową pomoc przy wydawaniu kolejnych numerów Magazynu. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co po sobie zostawił. Za ten ogromny dorobek, będący niezwykle bogatym zapisem i dokumentacją przyrody. Ale przede wszystkim za uśmiech, którym hojnie nas obdarzał.

Żegnaj, Przyjacielu!

Redakcja

*) Zobacz: Włodzimierz Puchalski Tomasza Ogrodowczyka - SALAMANDRA 2/2014.

Wybór numeru

Aktualny numer: 1/2022